
W niedzielę, 7 września, na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach zgromadzili się bliscy, przyjaciele oraz przedstawiciele świata kultury, aby pożegnać Jana Frycza. Na uroczystość przybyło wiele osób, które przez lata znały i współpracowały z cenionym aktorem.
Ceremonia rozpoczęła się przed południem i miała świecki oraz państwowy charakter. W trakcie ostatniego pożegnania wspominano zarówno imponujący dorobek artystyczny aktora, jak i jego życie prywatne. Głos zabrali także ludzie, którzy byli mu szczególnie bliscy, a jedno z najbardziej poruszających wspomnień dotyczyło jego relacji z wnukami.
Podczas uroczystości odczytano słowa przygotowane przez ośmioletnią Helenę, wnuczkę Jana Frycza i córkę Olgi Frycz. Jej dziecięce, szczere pożegnanie wzruszyło wielu uczestników ceremonii.
Dziewczynka w prostych słowach podsumowała to, kim był dla niej jej dziadek:
Był najlepszym dziadkiem, jakiego można sobie wymarzyć.
Wspominając aktora, podkreślano, że rodzina zajmowała w jego życiu bardzo ważne miejsce. Pomimo licznych obowiązków zawodowych starał się znajdować czas dla swoich wnuków i budować z każdym z nich wyjątkową relację.
Jak zaznaczono podczas ceremonii, Jan Frycz szczególnie cenił rozmowę i pełną obecność drugiego człowieka. Nie lubił sytuacji, w których ludzie spotykali się, ale nie poświęcali sobie prawdziwej uwagi. Ta zasada miała również znaczenie w jego kontaktach z wnuczkami.
Spotkania z nimi organizował w taki sposób, aby móc skupić się na jednym dziecku. Chciał, by każda wnuczka miała poczucie, że w danej chwili jest dla niego najważniejsza. Właśnie ta pełna uwaga i czas spędzony bez pośpiechu sprawiały, że wspólne chwile były tak wyjątkowe.
Podczas uroczystości przywołano również wspomnienia Olgi Frycz. Córka aktora opowiedziała o cechach, które – jak sama przyznała – odziedziczyła po ojcu, między innymi o poczuciu humoru i zamiłowaniu do rodzinnych tradycji.
W jej wspomnieniach Jan Frycz jawił się przede wszystkim jako człowiek bardzo zaangażowany w życie swojej rodziny. Każde z dzieci i wnuków miało z nim własną, niepowtarzalną więź. Najbliżsi podkreślali, że wiedział, jak bardzo był kochany.
Z opowieści rodziny wyłonił się obraz dziadka, który z radością uczestniczył w ważnych wydarzeniach życia swoich wnuków. Chętnie pojawiał się na przedstawieniach, szkolnych uroczystościach i rodzinnych spotkaniach. Przeżywał także narodziny kolejnych wnucząt i z zainteresowaniem obserwował, jak dorastają.
Dla każdego z nich potrafił znaleźć czas i stworzyć przestrzeń do rozmowy, wspólnej zabawy czy zwyczajnego bycia razem. To właśnie te codzienne, pozornie niewielkie chwile stały się jednymi z najcenniejszych wspomnień, które pozostały po nim w rodzinie.
Jan Frycz zmarł 15 sierpnia 2026 roku w wieku 72 lat. Informację o śmierci aktora przekazał warszawski Teatr Narodowy, z którym przez lata był związany.
Ostatnie pożegnanie na Powązkach było nie tylko hołdem dla wybitnego artysty, ale przede wszystkim wspomnieniem człowieka, który poza sceną i kamerą był ojcem, dziadkiem oraz bliskim dla wielu osób. Słowa jego wnuczki przypomniały wszystkim obecnym, że największe znaczenie często mają właśnie te najprostsze wspomnienia.